*
The Australian Pink Floyd wystąpili w Poznaniu (relacja, wideo i galeria zdjęć z koncertu) Dodane 2012-01-21 15.03 , komentarzy 15

The Australian Pink Floyd zagrali w Arenie: Koncert czy show? (zdjęcia + wideo)

To było raczej muzyczne widowisko niż koncert ku pamięci legendarnej grupy. Część fanów Pink Floyd mogła poczuć niedosyt.

The Australian Pink Floyd, The Australian Pink Floyd w Arenie, The Australian Pink Floyd w Poznaniu, koncert The Australian Pink Floyd

The Australian Pink Floyd zagrali najwię...

Autor: justisza

Miałam to szczęście, że byłam na "prawie oryginalnym” koncercie Pink Floyd. „Prawie”, bo już bez Rogera Watersa na trasie "PULSE Tour" w 1994 r., a samego Watersa na trasie "In The Flesh Tour" w 2002 r. (oba koncerty w Pradze). Można powiedzieć, że posiadam obraz całości i na Australijczyków, którzy ochrzcili się nazwą The Australian Pink Floyd Show, szłam z nadzieją poczucia dopełnienia.



X

Miejsce
w rankingu
justyna sz

brak opisu

Autor ostatnio dodał:

Komentarze

Sabko Gość
~Sabko
TAPFS Poznań 2012-01-21 20.40

Oj, chyba się troszkę pogubiliśmy, prawda? ;)
Setlista na 2012 rok nie obejmuje Welcome To The Machine i tego utworu w Poznaniu nie grano. Wyrzuciłbym jednak On The Turning Away na rzecz Money, którego zabrakło. Brawa należą się zespołowi za zbyt rzadko grane wczesne utwory Floydów. Miło było usłyszeć Astronomy Domine i Set The Controls For The Heart Of The Sun. Zwłaszcza podczas tego drugiego zespołowi udało się zaczarować publiczność; podczas końcówki słychać było tylko klawisze Jasona Sawforda i przejmującą ciszę na widowni :)

Wokale.
Osobiście TAPFS uwielbiam i dla mnie mistrzostwem jest koncert DVD z 2009 z Kings Dock Arena w Liverpoolu, jeszcze z Damianem Darlingtonem na gitarze. Właśnie jego najbardziej zabrakło mi na koncercie. Obecnie każde wykonanie utworów przyrównuję nie do studyjnych wersji, a to owego DVD. Uczeń przerósł mistrza. :F
Z tego też powodu na początku trochę mnie drażnił głos wokalisty - obcy, nie bardzo mi znany. Trzeba jednak przyznać, że możliwości wokalne Alex ma spore i potrafi z nich zrobić świetny użytek. Brawa także dla chórku, któremu świetnie wyszła wokaliza na The Great Gig In The Sky. Takżę u Wilsona dało się zauważyć poprawę - śpiewa mocniej, czyściej. Duży plus.

Wspomniana w relacji "odrobina fantazji" bierze się z koncertowych wykonań Pink Floyd, a także z całej działalności i doświadczenia TAPFS. Stąd też wydłużone czy dodatkowe solówki. Kto oczekiwał kropka w kropkę utworów ze studyjnych albumów PF, mógł poczuć się lekko zawiedziony.

Trochę mnie rozbawiał komentarz osób stojących po mojej lewej stronie: "Co oni myślą że mogą się spóźniać, przecież nie są oryginalnymi Pink Floyd... To tylko tribute band!" Cóż, jeśli zespół gra nie swoje kawałki, woła za bilety po 130zł i do tego zapełnia hale na kilka tysięcy osób, to uwierzcie mi - mogą.
Nie bez powodu mają błogosławieństwo samego Gilmoura i określa ich się mianem najlepszego tribute bandu na świecie.

Gitarzyści - element, które najbardziej się bałem.
Steve Mac jak to Steve Mac, wszystko co miał do zagrania zagrał perfekcyjnie. Nie byłem natomiast przekonany co do Fowlera. Momentami, podczas solówek nie było go słychać, brakuje mu trochę tej wyrazistości, którą posiada Darlington. Trochę odstawał od wersji, do których przyzwyczaili mnie PF i TAPFS. Solówka na Pigs za to wyszła mu świetnie - mocne, wściekłe dźwięki cięły powietrze. Comfortably Numb - troszeczkę inne solo, ale równie dynamiczne rozgrzało publiczność pod koniec koncertu.

Bardzo miło było zobaczyć po raz pierwszy na żywo Mike'a Kidsona. Wspaniale dmuchał w saksofon. Na końcówce Shine On You Crazy Diamond nie bardzo wiedziałem co się dzieje, kiedy palce latały mu po saksofonie jak szalone. Nie bardzo wiem, czy to wina światła, ale wydaje mi się, że ten mniejszy był różowy?!

Oprawa wizualna.
Jak to u TAPFS :) Po wejściu na Halę Arena byłem mocno zawiedziony jej wielkością, spodziewałem się że to trochę większy obiekt. Smutek już początku, bo wiadomo było że ogromnego dmuchanego guźca ze świecącymi oczami w Poznaniu nie będzie. Podczas koncertu zespół jedynak bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Dmuchany nauczyciel, z dosyć mocno kojarzącymi się ustami; ogromny, dmuchany kangur, którego w życiu nie spodziewałem się zobaczyć na polskich koncertach oraz ukochana kuleczka na koniec. Miód! Niesamowity show laserów i świateł. Na reflektorach z przodu sceny - tajemnicze symbole, znane z okresu The Division Bell; świetny pomysł z puszczeniem światła podczas wyświetlania na ekranie Australii ala TDSOTM. Brawo!!!

Techniczna strona dźwieku - bez zarzutu. We Wrocławiu w 2010 gitary były źle wyregulowane, dźwięk bardziej przypominał żyletki i nieprzyjemnie ciął po uszach, niemal aż do bólu. Tym razem nie mam żadnych zastrzeżeń.

Zdecydowanie nie podobało mi się stoisko z gadżetami - co raz drożej, do tego do kupienia wśród płyt znalazło się tylko jedno CD i DVD z Hammersmith Apollo z 2011. Dosyć dziwne, zważywszy, że przecież nagrali już 3 koncerty DVD i bodajże 4 CD :/ Co ciekawe na ich stronie wcześniejszych płyt też nie ma.

Koncert jednak bardzo udany, z chęcią wybrałbym się na Australijczyków po raz 4. Kto kocha Pink Floyd ten powinien choć raz na TAPFS być. Zwłaszcza młodsza część fanów, która stanowi przecież całkiem sporą grupę, a niestety nie miała możliwości zobaczenia oryginalnego Pink Floyd na żywo. Warto!!!

Efka Gość
~Efka
Kopiuj wklej 2012-01-21 21.33

Nie dziwię się Sabko, że masz inne wrażenia z koncertu, niż justyna sz. Ja też oceniam koncert jako bardzo udany. Obejrzałam go we Wrocławiu i chciałam poczytać o wrażeniach innych wielbicieli zespołu Pink Floyd. Mało tego jednak na razie, więc trafiłam na recenzję ze stycznia ale 2011r z gdańskiej Areny. Bardzo to bezsensowne droga justyno przepisywać całe zwroty z cudzej recenzji. Po co? Byłaś w ogóle na tym koncercie? Mam nadzieję, ze nikt ci za to nie zapłacił, że to tylko twój własny "wybryk literacki". A tym bardziej to przykre, że na koncercie była taka inna specyficzna publiczność, która raczej nie przypominała pokolenia "kopiuj wklej" do którego niestety chyba się zaliczasz. Reagowała trochę inaczej, bo przecież większość utworów znała na pamięć, na pewno była bardziej krytyczna. I dobrze, że zespół nie próbował się podlizywać publiczności, że nie oni chcieli dominować, a dominowała muzyka ich mistrzów. A mimo to publiczność dała się oczarować, bo Australijczycy zasłużyli na to "błogosławieństwo" Gilmoura.

Sabko Gość
~Sabko
Poprawka 2012-01-21 21.34

Chodziło mi oczywiście o koncert DVD z Kings Dock Arena Liverpool z 2004 roku.

Aneta Gość
~Aneta
Jaki sens 2012-01-21 22.12

Jaki sens ma w ogóle artykuł po koncercie zamiast zapowiadający jakieś zdarzenia? Chyba o to chodzi, żeby zachęcić innych do wybrania się gdzieś, a nie opisać wydarzenie, które miało miejsce i w najbliższym czasie już z pewnością się w Poznaniu nie powtórzy...;/

wiesieklangocz wiesieklangocz
Aneta re: 2012-01-21 22.49

Być może jest mnóstwo ludzi których nie było stać z różnych przyczyn na bycie na koncercie.A super jest,że można choć uszczknąć z takich recenzji koncertowych jakie przedstawia Justyna.Sz , choć łyk tego co się tam działo i mimo wszystko tam być.Każdy ma prawo do komentarzy lub wypowiedzi na temat tego co się wydarzyło,w jej odczuciu było tak a nie inaczej i Myślę,że powinniśmy docenić jedna fakt iż udało się nagrać kilka filmików i zrobić parę zresztą rewelacyjnych fotek.Tak dalej Justyna.Sz artykuł rewelacyjny.Powodzenia w następnych równie udanych koncertach po koncercie ;)

MsRobinson Gość
~MsRobinson
tapfs 2012-01-21 23.55

osobiście uważam że niedociągnięciem byli ludzie, którzy przyszli na koncert. Poznan jest stanowczo za mało głośnym miastem, a niektórzy ludzie nadają sie tylko do tego, zeby klaskać. żenujace było to, że jedyna piosenką, którą zaśpiewała cała widownia było wish you were here. co do samych tapfs to uważam, że mają świetny warsztat, wokaliści rewelacyjne warunki i może rzeczywiście kontaktu z publicznością nie było, ale powiedzmy sobie szczerze publika na dużych imprezach nawala cyklicznie. a powinno być jak na meczach. dla mnie zobaczenie tapfs było marzeniem, bo uwielbiam pink floyd a to jest najlepsze co mogę dostać. zupełnie inny klimat koncertu był w trakcie wywh od tego na początku, gdzie ludzie nie mieli pojęcia jak leci on the turning away czy nawet sorrow i nie pokusili się o dobrą zabawę. klimat koncertu poza zespołem i super laserami(które czy były czy nie to mi wszystko jedno) tworzą ludzie. i ci wczoraj dali ciała. jeżeli tapfs do nas wróci to oczywiście pójdę, ale przejadę się do wro.

wiesieklangocz wiesieklangocz
Ms Robinson Re 2012-01-22 00.42

Popieram przedmówcę to samo było w Poznaniu na APOKALIPTYCE.

Sabko Gość
~Sabko
@MsRobinson 2012-01-22 02.50

Problem z Wrocławiem jest taki, że tam nie ma płyty, same miejsca siedzące. Osoba zarządzająca Halą Stulecia jest skrajnym idiotą i od paru lat wciąż rok w rok są miejsca siedzące. Jean Michael Jarre w 2010 na Hali kontakt można powiedzieć nawiązał w 100%. Po zachętach muzyka publiczność ruszyła z miejsc w kierunku sceny żeby pobawić się i poskakać. Ochrona jest skutecznie całą tą zabawę uprzykrzała. Dopiero po drugim razie pod koniec koncertu odpuścili sobie i nie przesuwali barierek od sceny.

Może i Wrocław większy, może i hala większa i publiczność trochę inna, ale płyta to jednak płyta. Tego specyficznego luźnego klimatu na "teatralnych" miejscach siedzących próżno szukać.
Na moim pierwszym koncercie TAPFS we Wrocławiu ciężko mi było usiedzieć w miejscu, jednak mój zapał gasił facet siedzący obok mnie, który niemal na krześle się położył, do tego z miną, jakby mu przyszło pismo ze skarbówki :/

Poznań z płytą > Wrocław bez płyty.

Nie jestem też do końca przekonany co do śpiewana widowni. Na koncertach, które TAPFS nagrywa widać, że publiczność śpiewa wraz z zespołem. W Polsce tego brak. Czyżby nieznajomość tekstów? :<

Rzekłem.

mencin Gość
~mencin
Nie zgadzam się z tą recenzją. 2012-01-22 10.21

"Były one prawie niewyczuwalne, ale osłuchane z Pink Floyd ucho od razu wyłapałoby niepotrzebne kobiece chórki w "Welcome to The Machine" i solówkę na klawiszach zamykającą "Another Brick in the Wall Part II"..."

Osłuchane ucho powinno wyłapać, że ABITW p2 wykonane było w wersji koncertowej z trasy The Wall, która to wersja zawierała takie właśnie solo na klawiszach... Można jej posłuchać na albumie Is the anybody out there?.

A koncert Australijczyków nikomu nie powinien powodować uczucia niedosytu, bo to nie był koncert PINK FLOYD. Nikt nie obiecywał cudów. Miało być przyjemnie i maksymalnie (jak tylko się da) wiernie. I TAK BYŁO :)
mencin

Zbyszek Snusz Zbyszek Snusz
Komentarz Robina usunięty 2012-01-22 15.11

Na mmpoznan.pl nie linkujemy do obcych stron.

Piotr Gość
~Piotr
cudownie 2012-01-22 18.54

Niesamowite , piękne widowisko. SUPER

xyz Gość
~xyz
wszystko OK, poza wokalem... 2012-01-22 19.05

Widowisko piękne, owszem wtórna ale innego wyjścia nie ma. Mimo uwielbienia jakim darzę Floydów dla mnie rzecz jednorazowa. Zbyt idealnie wyreżyserowane, panowie po prostu odwalali dobrą robotę, choć należy oddać mega szacunek technicznym. Co do śpiewania z zespołem, nie wiem... znam teksty ale jakoś nie odczuwałam potrzeby darcia się, i chyba większość osób śpiewała zamiast krzyczeć... To było odtwarzanie mistrzów a nie prawdziwy rock, więc nie porwali widowni, nawet się nie starali (co zarzutem nie jest, tribut band to tribut band) Jedyne co mnie drażniło od samego początku to wokalista... Straszny głos, jeszcze gorsza maniera. Zupełnie nie pasował, wręcz psuł cały efekt. Gitarzyści za to świetnie sobie na wokalu radzili.
Druga część koncertu znacznie lepsza.

hook Gość
~hook
Justysia to maruda 2012-01-23 11.30

jeśli komuś przeszkadza że gra tribute band to po co wogóle idzie na taki koncert... mam 50 lat i cieszę sie z każdego muzycznego występu muzyków zza " żelaznej kurtyny"...

fiord Gość
~fiord
Bardzo w porządku 2012-01-23 14.37

Witam, koncert w Arenie według mnie bardzo dobry, świetnie nagłośniony i technicznie znakomicie wykonany (choć nie do końca podobał mi się wokal Alexa McNamary). Niezły show. Publiczność jednak zaskakująco drętwa...

justyna sz justyna sz
Parę słów odnośnie coverbandów - RPWL 2012-01-23 15.29

Jest taka niemiecka grupa muzyczna RPWL pochodząca z Fryzyngi w Bawarii, która gościła w Poznaniu już chyba 6 razy. 18 września 2009 wystąpiła w dawnym Kinie Grunwald grając wiernie kawałki wielkiego Pink Floyd... Trasa koncertowa RPWL zorganizowana została w pierwszą rocznicę śmierci pianisty Pink Floyd, Richarda Wrighta.
RPWL zaczynali swoją karierę w roku 1997 od grania coverów właśnie tego zespołu. Szybko jednak wypracowała swój własny styl i do dnia dzisiejszego (2012) opublikowała dziewięć albumów w tym jedno DVD koncertowe. Sama nazwa "RPWL" pochodzi od pierwszych liter nazwisk muzyków z początkowego składu zespołu. W tym roku planowana jest premiera nowego albumu i trasa koncertowa. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem,ze zawitają też do Poznania w okolicach maja.
Podsumowując, covery w wykonaniu RPWL to naprawdę majstersztyk !!! Dla dociekliwych jest do odsłuchania parę kawałków PINK FLOYD w ich wykonaniu z poznańskiego koncertu do odszukania na moim kanale YT -(uzytkownik "justisza"). Naprawdę polecam, bo wokalista Yogi Lang jest znacznie lepszy od frontmana TAPF, barwą głosu do złudzenia przypominający Davida Gilmoura. Ten zespół swego czasu rozpropagował słuchaczom Piotr Kaczkowski z Radiowej "Trójki", kiedy to odtworzył na antenie kawałek z ich nowej płyty , pytając słuchaczy co to za zespół. Większość dzwoniących była przekonana ,że to nowy album samego Pink Floyd. Czy coś jeszcze należy dodać?

WSZYSTKIM FANOM PINK FLOYD POLECAM ZAPOZNANIE SIĘ Z ICH TWÓRCZOŚCIĄ, nie pożałujecie!

P.S.
Uwielbiam koncerty coverbandów. Mam swoich ulubieńców, np "The Watch" z Włoch grających wczesne kawałki Genesis jeszcze z Peterem Gabrielem, używając oryginalnych instrumentów z tamtych czasów, albo też Włosi pn "YESSONGS" grający covery zespołu YES, jak nie trudno sie domyślić. Wszystko zatem zależy od preferencji. Ja chyba skłaniam się do intymniejszych koncertów i intergracją z muzykami, rozmową z nimi po koncercie i odczuwaniem innych niż to miało miejsce na SHOW TAPF wrażeń.

Dodaj swój komentarz: