Moja wachta, czyli zespół ludzi do pracy, nie wiem, czy zdążyłem o tym napisać, na statku tak to się nazywa, miała właśnie dyżur w kambuzie, więc musiałem się "urwać", żeby zobaczyć, jak wpływamy w cieśninę prowadzącą do Bonifaccio. Wrażenie nieziemskie! Wysokie skały pomarańczowe w przedpołudniowym słońcu, a gdzieniegdzie kępy zieleni i malownicze wille, jedna piekniejsza od drugiej, zawieszone gdzieś wysoko na skałach jak orle gniazda. W dole cudownie niebieskie morze i mnóstwo łódek od luksusowych jachtów po niewielkie, skromne łodzie wiosłowe. Po prostu bajka! Tak powinien wyglądać raj w moim mniemaniu.
Nasz entuzjazm trochę zmalał, gdy zeszliśmy na brzeg. Niestety, według Francuzów jest jeszcze zimno, więc wszystko pozamykane: sklepy, kawiarnie i bary. Udało nam się znaleźć jeden, w którym sprzedawali miejscową specjalność, ceramikę oprawioną w korek. Jedna z koleżanek specjalnie prosiła mnie o przywiezienie takiego kompletu. Udało mi się dostać dwie filiżanki i dzbanek, ale w ten sposób wykupiłem wszystkie zapasy sklepiku. Sprzedawczyni była zdziwiona, gdy ja zapytałem, czy więcej nie ma. - A po co? Przecież jest jeszcze zimno i nikt nie przyjeżdża - zapytała zdziwona.
Zimno! Mamy dziś 20 stopni w cieniu i wszyscy już spaliliśmy się na ciemny brąz.
To już droga powrotna! Opłynęliśmy Korsykę, zahaczyliśmy o Elbę - Porto Ferraio to naprawdę urocze miasteczko z szeregiem malutkich sklepików, gdzie sprzedają pamiątki. Urzekła mnie tam ceramika w przepięknym niebieskozielonym kolorze i śmieszne łaciate kamienie na plaży. Wyglądały jak stada dalmatyńczyków, naprawdę! Urzekające były wąziutkie uliczki prowadzące z góry w dół, które były schodami, pięknie pachnące oleandry i pyszna czekolada w jednej kafejce w porcie jachtowym. Teraz już kurs na Livorno i do domu. Ech, aż nie chce się wracać!
Korsyka, Elba i powrót do domu. Poznaniacy wracają z rejsu.
- Nikt jeszcze nie skomentował

