Półtora miesiąca temu zostałam mamą cudownej córeczki. Przebywając na urlopie macierzyńskim, zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z ową ciągłością pokoleń - i jak wybiórcza i krótka jest moja pamięć, która sięga wstecz zaledwie moich dziadków. Zapragnęłam dowiedzieć się czegoś więcej o mojej rodzinie, by móc w przyszłości przekazać córce nie tylko mieszkanie, ale i owo nieuchwytne dziedzictwo - dziedzictwo tych, co byli przed nami, i którzy być może wpłynęli na to, kim jesteśmy dzisiaj.
Niewiele jest jednak punktów zaczepienia, od których mogę rozpocząć poszukiwania. Babcia ze strony taty, kiedy jeszcze żyła, mówiła mi, że jej kuzyn, historyk, mieszkający w Kórniku, zajmował się historią naszej rodziny.Nie znam jednak jego nazwiska ani adresu...
Jego badania były o tyle ułatwione, że babcia mogła poszczycić się pochodzeniem szlacheckim. Wspominała, jak to w czasach wczesnej młodości, przed II wojną światową, mieszkała z bratem we dworku, pamiętała, że stać ich było na służbę i inne "fanaberie" i udogodnienia przynależne ludziom ich stanu - dobrze urodzonym i zamożnym.
Niestety, przyszła wojna i zweryfikowała dotychczasowy porządek świata. Okazało się, że nie ma rzeczy pewnych, że konflikt zbrojny wszystkich zrównuje, że bogactwo jest ulotne, a szlachectwo wręcz przeszkadza i nie należy się nim chwalić. Moi pradziadkowie musieli zostawić dobrze prosperujący sklep rzeźnicki na ulicy Ratajczaka (wspomina o nim Zbigniew Zakrzewski w "Przechadzkach po Poznaniu...") i uciekać przed wojenną zawieruchą. Nie uniknęli wraz z dziećmi obozu przejściowego na Głównej, na szczęście nie trafili do Oświęcimia, co nie udało się tak wielu przed nimi, jak i po nich. Babcia bardzo niechętnie mówiła o tych latach - ciągłe poczucie zagrożenia, naloty bombowe (podczas jednego z nich omal nie straciła życia), odcisnęły głębokie piętno na jej psychice.
Po wojnie sklep (a raczej to, co z niego zostało) zagarnęło państwo, pozostały więc tylko wspomnienia i historycznie udowodnione szlachectwo. Według słów babci, jej kuzynowi udało się dotrzeć do dokumentów, z których wynikało, że nasz ród miał cztery gałęzie : dwie z nich - wilanowska oraz targowicka odcisnęły znaczące piętno na historii Polski. O ile pierwsza z nich zapisała się chwalebnie w naszych dziejach (wystarczy spojrzeć na ówczesny pałac w Wilanowie, żeby spróbować wyobrazić sobie chociażby jak wielcy byli to mecenasi sztuki), tak o drugiej nie da się już tego powiedzieć - Stanisław Szczęsny Potocki był przecież jednym z głównych sprawców konfederacji targowickiej. Dwie pozostałe linie nie odegrały znaczącej roli, i z jednej z nich ja pochodzę...
Wiem więc trochę, ale są to informacje raczej pobieżne, wyrwane z kontekstu, umiejscowione co prawda w czasie i przestrzeni, ale brak ciągłości sprawia, że drzewo genealogiczne mojego rodu jest niepełne. Jeden z tropów wiedzie do Rogalina...
Wsadzam więc dwutygodniową Natalię do fotelika i wyjeżdżamy z Poznania drogą na Wrocław, za Komornikami odbijamy na Puszczykowo, po drodze mijamy urokliwe tereny Wielkopolskiego Parku Narodowego i "grajzerówką" kierujemy się na Kórnik, a następnie do Rogalina. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze nad Jeziorem Góreckim. W XIX wieku na wysepce jeziora stał neogotycki zameczek Klaudyny Potockiej (czyżby rodzina?) oraz zwiedzamy muzeum Arkadego Fiedlera w Puszczykowie. Ponieważ malutka jest ciekawa otaczającego ją świata, próbuje wszystkiego dotknąć swoimi małymi rączkami. Nawet straszne w założeniu maski z Madagaskaru i Afryki budzą jej uśmiech. W parku ogladamy naturalnej wiekości replikę "Santa Marii" - okrętu flagowego Krzysztofa Kolumba. Mąż jest pod ogromnym wrażeniem, oczy mu się świecą, chyba żałuje, że nie urodził się paręset lat wcześniej...Niewątpliwie Kolumb, czy Arkady Fiedler mieli jeszcze szansę zobaczyć świat nieskażonym, dotrzeć do miejsc nietknietych stopą białego człowieka i poczuć się odkrywcą przez wielkie "O". Ówcześnie, gdy "białych plam" na mapie praktycznie już nie ma, a dzikie plemiona istnieją jedynie w naszej wyobraźni, ponieważ zostały na siłę ucywilizowane, w miejscach takich jak to możemy poczuć jedynie odległego ducha dawnych podróży...
Rogalin wita nas słoneczną pogodą i przepiękną przyrodą.Nie możemy wejść do pałacu, gdyż Natalia płacze i przeszkadzałaby innyn zwiedzającym. No cóż, rozmowa z kustoszem i przekopywanie archiwów musimy odłożyć do czasu następnej wizyty...Tymczasem podziwiamy budowlę z zewnątrz (a należy ona do najlepiej zachowanych w Polsce) - to prawdziwa perełka architektoniczna, aż serce rośnie ! Nie będę tu opisywać wyglądu oraz historii palacu - takie informacje znajdziecie bez trudu w każdym przewodniku po Wielkopolsce, bardziej chodzi o to, by wczuć się w niezwykłą atmosferę tego miejsca, jego tajemniczość i urok...
Udajemy się do ogrodu w stylu francuskim i angielskim, który niezauważalnie przechodzi w nadwarciańskie łęgi słynące z największego w Europie skupiska kilkusetletnich dębów. Tu, według legendy, spotkali się trzej bracia : Lech, Czech i Rus, i na pamiątkę tegoż wydarzenia nazwano ich imieniem drzewa. Owe dęby, pomniki przyrody, będące pod ochroną, są atakowane przez kozioroga dębosza, również będącego pod ochroną. Specjaliści uznali, że bardziej zagrożonym gatunkiem jest kozioróg, tak więc dęby powoli przegrywają nierówny pojedynek...
Największe wrażenie wywiera jednak na mnie mauzoleum, usytuowane na lekkim wznisieniu, około 300 metrów od pałacu. Jest to obiekt jeden z piękniejszych tego typu w Polsce. Świątynię, pełniącą funkcję dworskiej kaplicy, wystawił w 1820 roku Edward Raczyński, przywodzi ona swoim wyglądem na myśl świątynię grecką.We wnętrzu prawdziwe zaskoczenie : widać tu wpływy arabskie, bizantyjskie, greckie...Obok trzech marmurowych nagrobków, zanjdują się tutaj epitafia, a wśród nich znajdujemy znajome nazwisko...
C.D.N.
POWIAT POZNAŃSKI - W POSZUKIWANIU KORZENI, I NIE TYLKO...
- Autor zablokował możliwość komentowania tego wpisu

